Ten, który tańczył z cieniem

Ten, który tańczył z cieniem

Urodził się w środku zimy.
Nie był upragnionym dzieckiem.
Jego matka postawiła łóżeczko na dworze, mając nadzieję, że zamarznie na śmierć.
Rano znalazła go sinego i drżącego z zimna, ale wciąż żywego.
Próbowała go zadusić mokrą ścierką.
Dławił się, ale wciąż oddychał.
Próbowała go zagłodzić, pozwalając by godzinami krzyczał, ale on wciąż nie umierał.
Jej szaleństwo nigdy nie trwało wystarczająco długo, by pokonać jego wolę życia, ale głód będzie go prześladował do końca jego dni.

Jako dziecko zrozumiał, że jedynym sposobem na przetrwanie, będzie zakopanie swoich uczuć.
Czucie było bardzo niebezpieczne.
Ukrył swój smutek w głębokim ciemnym miejscu, w którym nikt nie mógł go znaleźć, nawet on sam.
Stał się odporny i twardy.
Nigdy więcej nie będzie bezsilny!

Dorastał jako silny chłopak.
Wyrósł na wielkiego mężczyznę.
Jego smutek został bezpiecznie schowany, a w każdym razie, tak mu się wydawało .
Ciężko pracował na to, by nic go nie poruszyło.
Tylko czasem, kiedy mu się nie udawało – ukrywał się.
Siedział samotnie godzinami, z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, czekając aż jego uczucia przeminą, łzy wyschną a tęsknota umrze.
Nigdy nie dzielił się swoimi uczuciami z innymi ludźmi.
Nie ufał im.

W końcu jego emocje stały się tak gęste, że zaczęły pociągać za sznurki łączące sieć rzeczywistości.
Chaos towarzyszył mu, dokądkolwiek się udał.
Cienie, czające się w ciemnościach, wychodziły, gdy tylko przechodził obok.
Dzieci, które wciąż potrafią widzieć magiczny świat, widziały wielkiego, mężczyznę odzianego w czarny płaszcz i cienie, które tańczyły wokół niego.
Przestraszone chowały się za sukniami swoich matek, myśląc, że był diabłem.
Skąd mogły wiedzieć, że był taki, jak one?
Był tylko dzieckiem, które robiło to, co konieczne, by przetrwać.

Wierzył, że to jego los.
Poruszać cienie i tańczyć z nimi.
Jego przeznaczeniem było nauczyć się jak przetrwać.
Nie skarżył się.
Po prostu dawał radę.

Tak naprawdę, był bardzo wrażliwym człowiekiem.
Czasem coś go poruszało.
Czasem miał łzy w oczach, trzymając dziecko w ramionach.
Czasem się zakochiwał.
Czasem dotykało go piękno, które widział swoimi chmurnymi oczami.
Czasem zaskakiwał go zachód słońca i płakał poruszony jego pięknem.

Nie szukał miłości.
Zakochanie było niebezpieczne.
Ale od czasu do czasu spotykał kobietę, która przypominała mu, że potrafi kochać.
Kobietę, która widziała smutek w jego oczach, niezmierzoną otchłań w nim, w której pragnęła utonąć.
I czasem, tylko czasem, nie potrafił się jej oprzeć.
I wpuszczał ją do środka.

Niestety, większość kobiet, nie zdawała sobie sprawy, z ciężaru brzemienia, które dźwigał.
Nie wiedziały, że ilekroć pozwalał, by rosła w nim miłość, rósł w nim smutek i gniew.
Byłby zrozpaczone, gdyby widziały jego cień i ciemność, tak ogromną, po latach samotności.
Każda niespełniona miłość sprawiała, że jego ciemność rosła a on uczył się tańczyć z cieniem.

Pewnego dnia szedł, jak zawsze, samotnie.
Przemierzał las, próbując znaleźć schronienie i spokój.
Ciężar jego smutku był nie do zniesienia.
Nie wiedział, dokąd dalej iść.
Po co żyć, jeśli nie wiedział dlaczego?
Jaki jest sens nieść dalej ten ciężar, jeśli nigdy nic dobrego z tego nie wyniknęło?

Szedł ciemną ścieżką w środku nocy.
Okutany w czarny płaszcz, z rękami w kieszeniach, próbował poradzić sobie z zimnem.
Mruczał do siebie pod nosem, jak zawsze wtedy, gdy nie miał z kim pogadać.
Nagle pojawił się wielki cień. Dostrzegł go tuż przed sobą.
Był duży. Wyglądał jak ogromna sowa.

Zatrzymał się, zastanawiając się, dlaczego  cień leci prosto na niego.
Kiedy uderzył weń, cios był tak silny, że upadł na plecy.
Ptak usiadł na nim.
Przygniótł go swoim ciężarem tak, że nie mógł się ruszyć.
Dopiero wtedy spostrzegł, że to nie był ptak, tylko kobieta ze skrzydłami.
Mityczne stworzenie – Kobieta Sowa.

Spojrzała na niego i powiedziała: dość.
Przerażony poczuł, że nie może się ruszyć. Był jak sparaliżowany, nie mógł się bronić.
Czuł się tak bezsilny, jak wtedy, gdy jego matka próbowała go zabić.
Bał się tak bardzo.

Dobrze powiedziała. Zaczęło się.
I zaczęła dziobem rozrywać jego pierś.
Potwornie bolało.
Kiedy ból był tak silny, że myślał, iż więcej nie zniesie, wyrwała jego serce i pokazała mu je.
Wciąż biło.
To jest Twój smutek powiedziała.
Ale to jeszcze nie był koniec.
Ostrymi pazurami zaczęła się wbijać w jego brzuch. A on wił się i krzyczał.
Po chwili wyszarpała jego wnętrzności i pokazała mu je.
To Twój gniew powiedziała.

Spojrzał na nią poprzez rozdzierający ból.
Zobaczył krew na jej twarzy.
Zobaczył krew spływającą z jego serca i wnętrzności.
I widział miłość w jej oczach.
Zrozumiał, że umrze. I pierwszy raz w życiu… odpuścił.
Odpuścił swoje postanowienie z dzieciństwa, by zabić każde uczucie.
Poddał się i płakał.
Smutek ukryty w głębi jego serca, wypłynął.
Wypłakiwał  ból i rozpacz całego nieprzeżytego życia, całej miłości, której nigdy nie poczuł, całe cierpienie które niósł tyle czasu.
Czarna rzeka bólu rozlała się wokół.
A potem pojawił się gniew.
Krzyczał tak głośno, że grzmot przetoczył się przez góry a ziemia drżała.

To trwało w nieskończoność.
To trwało całą wieczność.

Kobieta Sowa siedziała z nim, dopóki nie skończył.
Spojrzał na nią i rzekł: teraz jestem gotów umrzeć. Zabierz mnie.
Popatrzyła na niego z taką miłością i czułością, że znów zaczął płakać.
Powiedziała: teraz jesteś gotów, by żyć.

Włożyła jego serce i wnętrzności z powrotem na swoje miejsce a jego ciało zagoiło się w ciągu kilku sekund.
Poczuł taką lekkość i radość, jak nigdy wcześniej, poczuł miłość i poczuł się kochany.
Nigdy wcześniej tego nie doświadczał.

Wtedy ziemia zaczęła drżeć i dudnić.
Pękała pod nimi. Kobieta Sowa krzyknęła: nie bój się… puść!
Mężczyzna odpowiedział: Ale moje życie dopiero się zaczęło!
Tak
powiedziała puść…

Ziemia rozstąpiła się i zaczęli spadać… Lecieli poprzez czas i przestrzeń.
Mężczyzna odkrył, że wciąż żyje. Lecieli i to było wspaniałe. Spostrzegł, że jego ciało się zmieniło… Miał teraz pióra i skrzydła.
Po raz pierwszy w życiu czuł się wolny.
Czuł miłość. Czuł się nieśmiertelny.
I przypomniał sobie, że zawsze tak było, tylko on o tym zapomniał.

W tym momencie Kobieta Sowa spojrzała mu w oczy:
Przypomniałeś sobie. Tak bardzo się bałam, że cię straciłam, najdroższy.
Nie jesteś już tańczącym z cieniem…  Jesteś Tancerzem!

 

Tekst: Sanne Burger
Luźne tłumaczenie: Małgosia Rychert-Kita

Zobacz także

2 komentarze

  1. Piękny i inspirujący tekst. Dla mnie ukazujący moc wiary w nasza głębię, która być może i przeraża, ale jednocześnie jest czasem jedynym drogowskazem i zarazem drogą w jaką możemy się udać szukając źródła wiecznej miłości.

    1. Mnie też poruszył. I też czuję, że droga akceptacji i autentyczności, to jedyna ścieżka do miłości i równowagi w relacjach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *